Żyjąc w społeczeństwie, mamy kontakt z ludźmi na każdym kroku: w domu, w pracy, w sklepie, w rozmowach pozornie „o niczym”. A tam, gdzie są ludzie, są też różnice: potrzeby, granice, temperamenty, oczekiwania. Z tych różnic rodzą się napięcia. I czasem – kłótnie.
Specjaliści zwracają uwagę na coś ważnego: niewielki konflikt od czasu do czasu nie musi być zły. Może być wręcz potrzebny, jeśli jest prowadzony po coś: żeby nazwać granice, wyrównać przeciążenie, przywrócić kontakt. Problem zaczyna się wtedy, gdy konflikt staje się stylem regulowania relacji albo gdy… W ogóle znika, bo wszystko jest połykane i zamiatane pod dywan.
Co więcej, badania nad codziennymi napięciami w relacjach pokazywały, że unikanie konfrontacji może mieć koszt dla ciała. Osoby, które tłumiły napięcie i „udawały, że nic się nie stało”, częściej raportowały następnego dnia dolegliwości fizyczne, a u części z nich obserwowano też mniej korzystny, rozregulowany rytm kortyzolu w ciągu dnia. (Live Science)
To ważne, bo kortyzol nie jest „zły” sam w sobie. On ma pomagać. Problem pojawia się wtedy, gdy organizm traci naturalny rytm uspokojenia i wraca do gotowości za często lub za długo. Wtedy napięcie przestaje być chwilą, a staje się tłem. (ResearchGate)
Kłótnia w ciele
Kłótnia ma swój drugi akt: ten, którego nie widać na zewnątrz.
To, co dzieje się po niej:
- ciało zostaje w napięciu (szczęka, kark, brzuch, przepona),
- sen robi się płytszy, bo system nerwowy nie wraca do poczucia bezpieczeństwa,
- myśli kręcą się w pętli, bo mózg próbuje „domknąć” sytuację,
- energia w polu relacji gęstnieje: czujesz to jako ciężar, chłód, dystans, „mur”.
I tu dotykamy sedna: nie każda kłótnia szkodzi. Szkodzi ta, po której nie ma powrotu do kontaktu. Bo wtedy ciało uczy się: „relacja = ryzyko”.
Brak poczucia bezpieczeństwa zmienia postrzeganie świata
Gdy w bliskiej relacji pojawia się przewlekłe napięcie, zmienia się nie tylko nastrój. Zmienia się sposób, w jaki mózg interpretuje rzeczywistość. Zaczynasz patrzeć przez filtr:
- „muszę być czujna”,
- „zaraz coś wybuchnie”,
- „lepiej nie mówić”,
- „to na pewno skończy się źle”.
To nie jest dramatyzowanie. To mechanizm ochronny. Układ nerwowy wybiera przewidywanie zagrożenia, bo przewidywanie daje poczucie kontroli. I tu jest ciekawy wątek z badań nad emocjami: złość bywa powiązana z odczuciem większej kontroli niż strach, dlatego ludzie czasem wolą „wejść w złość” niż zostać w bezradności. (jenniferlerner.com)
Z energetycznej perspektywy wygląda to tak: kiedy czujesz strach, pole się kurczy i zamiera. Kiedy wchodzi złość, energia rośnie i daje chwilowe poczucie mocy. Problem w tym, że jeśli złość staje się jedynym narzędziem regulacji, relacja zaczyna żyć w napięciu.
Konflikt ma też wpływ na zdrowie długofalowo
Nie będę tu straszyć prostym hasłem „kłótnie skracają życie”, bo to jest temat złożony. Natomiast badania nad jakością relacji i zdrowiem pokazują, że to, jak funkcjonuje bliska relacja, wiąże się ze zdrowiem i ryzykiem śmiertelności. (pmc.ncbi.nlm.nih.gov)
Są też prace sugerujące, że określone style radzenia sobie ze złością w parach mogą mieć znaczenie dla zdrowia w dłuższym horyzoncie (to obszar, w którym badania bywają trudne metodologicznie, ale kierunek jest istotny). (ResearchGate)
To sprowadza się do jednego: najbardziej męczące nie są różnice. Najbardziej męczący jest jak się kłócimy i brak domknięcia co powoduje brak bezpieczeństwa po napięciu.
Pytanie:
Czy my się kłócimy o temat?
Czy my się kłócimy o coś znacznie więcej?
Bo jeśli konflikt jest w rzeczywistości walką o spokój, szacunek, wpływ, granice, widzialność – wtedy on będzie wracał, nawet jeśli zmienisz argumenty. Zmiana zaczyna się dopiero tam, gdzie widzisz mechanizm pod spodem: w ciele, w emocji, w energii.
Dowiedz się więcej co kryje się pod powtarzającymi się sytuacjami konfliktowymi, piszę w e-booku „Co odzwierciedlają konflikty”, który pomaga zobaczyć ich prawdziwe źródła i mechanizmy. Znajdziesz go na TUTAJ.
Ściskam cię mocno.
Dominika


